Szjen Jan-czy siedział w gabinecie, słuchając raportu swojego podwładnego o tym, co działo się w pokoju gościnnym Ye Qingxuana. Kostki jego palców kurczowo ściskały pędzel, a atrament kapał na papier ryżowy, rozmazując się w ciemną plamę.
Chociaż wiedział, że nie powinien tykać Ye Qingxuana, myśl o Qi Ranran chroniącej go i o tym dziecku, które do niego nie należało, sprawiała, że gniew rósł w nim niczym dzikie chwasty.
„Młody panie, Doktor Ye nadal jest w pokoju gościnnym, a pani cały czas mu towarzyszy” – ostrożnie zameldował podwładny.