Wydeptana przez deszcz płyta z granitu lśniła wilgotnym blaskiem, rozbijając bladą morgę świtu na kawałki. Su Yu zacisnął wodze, obserwując nagle rozgorączkowaną bramę miasta przed sobą, jego oczy lekko pociemniały.
Jarmark handlowy na Wzgórzu Trzech Mil za miastem, pierwotnie niewielki targ dla samotnych kultywujących, stał się z czasem miejscem wymiany dóbr między kultywującymi z trzech okolicznych miast. Teraz na wzgórzu rozstawiono już ponad sto namiotów – z niebieskiego płótna, żółtej jedwabiu, a nawet uszytych ze skór bestii. Podrywały się na porannym wietrze, tworząc trzepoczący dźwięk, zmieszany z nawoływaniami sprzedawców i targowaniem się, sprawiając, że miejsce to było nawet tętniące życiem niż poranny targ w mieście.
„Młody Panie Su, z przodu jest tłoczno, powóz raczej nie przejedzie” – powiedział woźnica, stary Li, przytrzymując uzdę koni i wskazując na kłębiącą się pod górę ludzką głowę. „Zaczekam tu, a pan, gdy skończy pan sprawy, wystarczy, że zawoła.”